POLSKI  ENGLISH

BIOETYKA / WPROWADZENIE - Kazusy
>Śmierć i umieranie>Letalna analgezja

Chory na nowotwór mózgu - opis

komentarz


Wiosną 2002 roku 54-letni A. P. mieszkaniec miasteczka w południowo-zachodniej Polsce zaczął skarżyć się na częste bóle głowy i zaniki pamięci. Dołączyły się do nich ataki nudności i niczym nieusprawiedliwionej agresji. W sierpniu tego roku zdiagnozowano u niego glejaka wielopostaciowego. Jest to złośliwy nowotwór mózgu występujący głównie u osób starszych. Podstawę terapii stanowi leczenie chirurgiczne, jednak rokowanie jest złe. Chorzy leczeni prawidłowo w większości przeżywają 12 miesięcy od zabiegu. Jedynie ok. 10% pacjentów przeżywa dwa lata, bardzo rzadkie są dłuższe remisje.

We wrześniu 2002 roku pan A. P. przebył pierwszą operację, potwierdzającą wcześniejsze rozpoznanie. W szpitalu poinformowano rodzinę – żonę, córkę i syna – o diagnozie, powadze sytuacji i złym rokowaniu. Przed chorym rodzina postawiła zataić prawdę. Było to zgodne z zaleceniem lekarzy, którzy twierdzili, że długość przeżycia zależy przede wszystkim od pacjenta, a nadzieja może mu bardzo pomóc w walce z rakiem.

Bliscy przyjęli chorobę jako niesprawiedliwość losu. Szczególnie źle odebrała wiadomość córka pana A. P. bardzo silnie związana z ojcem. Nie mogła pogodzić się z prognozą, często płakała po nocach, jednak w obecności chorego zachowywała pozory radości. Choroba ojca wzbudziła w niej lęk przed zachorowaniem na raka, sięgający kancerofobii. „Strasznie” bojąc się, że zachoruje często robiła badania, a po śmierci ojca spisała w obecności dwu świadków oświadczenie woli. Zgadza się w nim – w razie utraty kompetencji – na podtrzymywanie życia jedynie do trzech miesięcy.

Kiedy ojciec zaczynał mówić o chorobie ona i matka „kłamały mu prosto w oczy”, że poradzi sobie z rakiem, że to nic groźnego, że wszystko będzie dobrze i, dla jeszcze skuteczniejszego podtrzymania nadziei, planowały wspólne wakacje. Nie rozmawiano także o jego zbliżającej się śmierci, mimo że A. P. pod koniec życia często nawiązywał do tego tematu.

Córka, dla której „ojciec był serdecznym przyjacielem” starała się jak najczęściej z nim przebywać. Razem słuchali muzyki, opowiadała o wydarzeniach dnia, czytała książki i gazety, organizowała wizyty jego znajomych pragnąc, aby był szczęśliwy i nie myślał o chorobie. Nigdy nie okazywała mu swojego smutku i żalu. Kontrolowała się, aby nie wybuchnąć płaczem i nauczyła się panować nad swymi emocjami.

W lutym 2003 roku A. P. przebył kolejną operację mózgu. Zabieg przyniósł doraźną poprawę w stanie pacjenta. Z żoną pojechał na terapię do Niemiec zachęcony sławą tamtejszego autorytetu. Niestety pod koniec roku zaczął odczuwać coraz silniejsze bóle. Dla łatwiejszego podawania morfiny umocowano mu na stałe igłę, tzw. motylka, przez którą córka aplikowała choremu analgetyk. Wkrótce okazało się, że dawki morfiny nie wystarczają, aby uśmierzyć ból. Lekarz opiekujący się chorym nie zezwolił na ich zwiększenie, gdyż jego zdaniem, byłyby to już dawki letalne. Ostrzegł córkę, ze podanie większej ilości morfiny spowoduje zgon ojca i „zainteresuje sprawą prokuratora”.

Chory krzyczał z bólu. Córka, nie mogąc tego znieść, wychodziła z domu „aby nie zrobić mu krzywdy”. Czasem uciekała się do wybiegu podając fizjologiczny roztwór soli kuchennej. Działał przez 15 minut na zasadzie placebo po czym ból powracał.

Pan A. P. umarł marcu 2005 przeżywszy rok i 9 miesięcy. Zdaniem córki, te dodatkowe 9 miesięcy było zdobyczą ojca w jego walce z rakiem. Według niej, do sukcesu przyczyniła się także rodzina dając ojcu nadzieją, opiekując się nim w domu, dbając aby był szczęśliwy i czuł, że bliscy są do końca z nim [1].

Źródło: Kazimierz Szewczyk, Bioetyka, Państwowe Wydawnictwo PWN, Warszawa 2009.

[1] Na podstawie programu telewizji TVN Rozmowy w toku, z dnia 12 maja 2005.