POLSKI  ENGLISH

BIOETYKA / ETYKA MEDYCZNA - Kazusy
Interwencja Izraela w Strefie Gazy (2008/2009), czyli dlaczego żołnierze powinni niekiedy narażać swoje życie, by ocalić ludność cywilną wroga? - komentarz

Z interwencją tą wiąże się wiele różnych problemów związanych z etyką wojny: czy faktycznie była ona usprawiedliwiona w świetle zasady proporcjonalności przyjętej w ius ad bellum; czy przyjęta przez Izrael niemal od początku swego istnienia zasada, że za śmierć swojego żołnierza lub zwykłego obywatela odpowiada się atakiem, w którym ginie kilka razy więcej Palestyńczyków jest moralnie usprawiedliwiona, a jeśli tak, to na jakiej podstawie?; czy terroryzm może być kiedykolwiek usprawiedliwiony, a w szczególności, czy może być usprawiedliwiony celowym działaniem danego państwa zmierzającym do poważnego pogorszenia się sytuacji materialnej danej grupy ludzi? W tym komentarzu skupimy się jednak na innej kwestii, która wydaje się niezwykle interesująca i która stała przedmiotem żywej debaty zarówno w czasopismach o charakterze naukowym („Philosophy and Public Affairs”), jak i bardziej popularnych („New York Review of Books”). Jest to następująca kwestia: czy żołnierzom jednej ze stron (w praktyce żołnierzom strony mającej znaczącą przewagę w uzbrojeniu) wolno prowadzić operacje wojskowe w taki sposób, by zminimalizować straty własne, nawet jeśli taki sposób prowadzenia walk wiąże się ze znaczącym wzrostem zagrożenia dla cywilów strony przeciwnej. Innymi słowy, w jaki sposób należy „bilansować” straty wśród cywilów wroga ze stratami własnych żołnierzy.

Interwencja Izraela w Strefie Gazy jest doskonałym przykładem do omówienia tego problemu, bo proporcje żołnierzy izraelskich zabitych podczas tego konfliktu przez bojowników palestyńskich (6) w stosunku do cywilów palestyńskich zabitych przez izraelskich żołnierzy wynosiła co najmniej jak 1:100. Po wojnie Hamas uznał co prawda, że wśród zabitych było tylko 48 jego bojowników, resztę zabitych stanowili cywile (co by znaczyło, że proporcje wynosiły jak 1:200). Izrael z kolei twierdził, że wśród zabitych Palestyńczyków aż 700 stanowili bojownicy (czy terroryści), zaś za śmierć cywilów zabitych w tym konflikcie w całości odpowiada Hamas ze względu na sposób, w jaki toczył walkę, który de facto oznaczał traktowanie palestyńskich cywili jak żywych tarcz (czyli walka w terenie gęsto zabudowanym, odpalanie rakiet z prywatnych domów, przechowywanie broni w prywatnych domach, krycie się w szpitalach). Zresztą, broniąc się przed krytykami, którzy oskarżali izraelskie władze o ignorowanie losu palestyńskich cywilów, Izrael podał np., że przed niektórymi z planowanych nalotów na cele znajdujące się na terenie gęsto zabudowanym zrzucano ulotki ostrzegające ludność cywilną oraz dzwoniono z ostrzeżeniem, że na daną okolicę będzie przeprowadzony nalot (Izrael twierdzi, że w sumie wykonano 150 tys. takich połączeń). Krytycy, wśród nich Michael Walzer i Jeff McMahan uważają, że to nie wystarczyło. Tak czy owak, większość obserwatorów była zgodna, że co najmniej połowę zabitych podczas tego konfliktu Palestyńczyków stanowili niewalczący i tak też zostało przyjęte w niniejszym tekście. Wybór tego akurat etycznego aspektu jest uzasadniony także tym, że wpisuje się on w najważniejszą współczesną debatę dotyczącą etyki wojny, czyli debatę pomiędzy obrońcami tradycyjnej doktryny wojny sprawiedliwej (np. Michael Walzer), a jej przeciwnikami (np. Jeff McMahan), którzy uznają, że normy regulujące dopuszczalność i przebieg wszystkich konfliktów zbrojnych winny być rozszerzeniem reguł moralnych obowiązujących na poziomie jednostek.

Warto zwrócić uwagę, że część uwag dotyczących interwencji Izraela w Strefie Gazy może odnosić się też do innych konfliktów zbrojnych. Wydaje się, że z etycznego punktu widzenia dość podobny problem wystąpił podczas wojny w Kosowie w 1999 roku, kiedy to NATO zdecydowało się na prowadzenie nalotów z bardzo dużych wysokości, by zminimalizować ryzyko strącenia samolotów przez serbską obronę przeciwlotniczą, a zarazem zminimalizować jakiekolwiek straty własne. Wiązało się to jednak ze znacznie mniejszą precyzją uderzeń, a tym samym z większym ryzykiem, że śmierć poniosą niewinne osoby (czyli w tym wypadku niewalczący po stronie serbskiej). W wyniku tych nalotów po stronie serbskiej zginęło ok. 500 żołnierzy i policjantów, a także ponad drugie tyle cywili i tylko dwóch żołnierzy NATO (zresztą w wyniku nieszczęśliwego wypadku, a nie na skutek walki). Pytanie, które można by zadać w związku z tą interwencją jest podobne: czy NATO powinno było prowadzić operację w taki sposób, by zmniejszyć straty wśród cywili, zwiększając jednocześnie prawdopodobieństwo strącenia własnych samolotów, a tym samym straty własne?

Problem izraelskiej taktyki, która prowadziła do minimalizowania strat wśród własnych żołnierzy, nawet jeśli odbywało się to kosztem cywili po stronie wroga, został poruszony w publicystycznym artykule opublikowanym w „New York Review of Books” napisanym wspólnie przez Avishaia Margalita i Michaela Walzera. Uznali oni, że co prawda Hamas był odpowiedzialny w tym konflikcie za wykorzystywanie cywili jako żywych tarcz (lub taki sposób walk, który de facto do tego prowadził), ale z drugiej strony oskarżyli Izrael, że prowadził tę kampanię w taki sposób, by zminimalizować straty własne, nawet jeśli wiązało się to ze zwiększonym zagrożeniem życia palestyńskich cywili. Margalit i Walzer zwrócili uwagę na artykuł Assassination and Preventive Killing opublikowany w 2005 roku w piśmie naukowym „SAIS Review” przez dwóch wojskowych (Asa Kasher i Amos Yadlin). Analitycy ci bronili moralnej zasadności takiej taktyki, która prowadzi do zmniejszania do minimum ofiar po stronie walczącej z terrorystami (czyli po stronie sprawiedliwej), w tym zmniejszenia liczby ofiar wśród walczących. Margalit i Walzer twierdzą, że to właśnie poglądy tych dwóch analityków odegrały istotną rolę podczas interwencji w Strefie Gazy. Kasher i Yadlin w swoim artykule pisali:

„Walczący jest obywatelem w mundurze. W Izraelu jest to często poborowy lub rezerwista. Państwo powinno mieć istotny powód, by narazić jego życie. Fakt, że osoby prowadzące działalność terrorystyczną często uznaje się za niewalczących oraz to, że mieszkają oni i działają w bezpośrednim sąsiedztwie osób niezaangażowanych w terroryzm, nie stanowią jeszcze powodu, by narażać życie walczących. (...) Terroryści odpowiadają za prowadzanie działań zbrojnych i powinni ponosić tego konsekwencje".

Autorzy uznają więc, że w walce z terrorystami (czyli stroną walczącą przy użyciu niedozwolonych sposobów) ważniejsze jest bezpieczeństwo żołnierzy walczących w słusznej sprawie („naszych żołnierzy”) niż bezpieczeństwo czy to terrorystów, czy to niewalczących, którzy nie są obywatelami państwa walczącego z terrorystami. Tezę tą, jak się wydaje, można uogólnić na wszystkie konflikty, w których jedna ze stron walczy w słusznej sprawie, druga w niesłusznej. Argumentacja Kashera i Yadlina sprowadza się więc do dwóch punktów. Po pierwsze odrzucają oni moralne znaczenie przyjętej w ius in bello zasady rozróżniania i twierdzą, że życie „naszych” żołnierzy co najmniej tak samo cenne jak życie „ich” cywili (jest to część negatywna ich argumentacji). Po drugie, uznają, że istnieją specjalne obowiązki względem własnych obywateli, w szczególności, gdy walczy się na terytorium wroga lub państwa trzeciego, które sprawiają, że dowódcy mają obowiązek przedkładać życie swoich żołnierzy nad życie niewalczących, którzy nie są obywatelami państwa walczącego sprawiedliwe (część pozytywna ich argumentacji).

Margalit i Walzer uznają takie stanowisko za niedorzeczne i obawiają się, że państwa często mogłyby je rozszerzać na każdy konflikt, „terrorystów” zastępując po prostu wrogami, i to bez względu na to, czy walczą w słusznej, czy nie, sprawie. Ich zdaniem celem istnienia bronionej przez nich tradycyjnej doktryny wojny sprawiedliwej (składającej się z niezależnych od siebie norm ius ad bellum i ius in bello, którego dotyczy omawiany tu problem) jest ograniczenie skali działań wojennych. Najlepszym zaś na to sposobem jest ścisłe trzymanie się przyjętego w ius in bello rozróżnienia na walczących i niewalczących (zasada rozróżniania). Nie znaczy to oczywiście, że żołnierzy wolno zabijać, bo są winni moralnie, cywilów zaś nie wolno, ze względu na ich niewinność (niekiedy niektórzy cywile mogą przecież być znacznie bardziej winni w standardowym sensie tego słowa niż niektórzy żołnierze, np. cywile ochoczo popierający Hitlera byli bardziej winni niż niechętni niemieccy poborowi walczący na frontach II wojny światowej). Zdaniem Margalita i Walzera w tradycyjnej doktrynie przyjęło się, że celowo wolno zabijać wyłącznie walczących, dlatego że prowadzenie w taki właśnie sposób wojny sprzyja ograniczeniu działań wojennych do niezbędnego minimum. Stąd ich protest przeciwko odrzuceniu przez Kashera i Yadlina tradycyjnej doktryny wojny sprawiedliwej i zacieraniu granicy pomiędzy ius ad bellum a ius in bello. Margalit i Walzer uznają bowiem, że jej odrzucenie nie sprzyja ograniczaniu działań wojennych. Ich zdaniem u podstaw tez artykułu Kashera i Yadlina, a także u podstaw doktryny, która została wykorzystana podczas interwencji Izraela w Strefie Gazy leżało założenie, że tylko żołnierzom walczącym po stronie sprawiedliwej wolno zabijać, a ci, którzy walczą po stronie niesprawiedliwej zawsze postępują niemoralnie, bez względu na to, czy ich celem są niewalczący czy walczący w słusznej sprawie. Zdaniem Margalita i Walzera doktryna ta doprowadziła do tego, że Izrael uznał, że zarówno izraelscy cywile, jak i izraelscy żołnierze (którzy tak naprawdę też są cywilami, tylko w mundurach) są niewinni i nie zasługują na śmierć, zaś całą winę za konflikt ponosi druga strona, bez względy na to, czy przynależy do kategorii walczących czy nie. Stąd władze Izraela uznały, że należy zminimalizować straty własne i winą za śmierć palestyńskich cywili i materialne zniszczenie Strefy Gazy obarczyły Hamas, czyli stronę, która zdaniem Izraela była odpowiedzialna za wywołanie tego konfliktu, a na dodatek była stroną walczącą przy użyciu metod terrorystycznych.

Margalit i Walzer proponują więc przyjąć następującą zasadę: „W obecności niewalczących strony przeciwnej prowadź działania wojenne z taką ostrożnością, jak gdyby byli to obywatele twojego kraju”. Nie chodzi tu o to, że powinniśmy tak działać, by być pewnym, że podczas operacji wojskowych nie zginie żaden z niewalczących – przy takim rozumieniu nie dałoby się zapewne przeprowadzić najbardziej nawet usprawiedliwionej interwencji humanitarnej. Chodzi o to jedynie, że niewalczący – bez względu na to, skąd pochodzą, jakiej są narodowości oraz czy są współwinni wywołania konfliktu (np. dlatego, że popierają Hamas) – powinni być zawsze traktowani tak samo. Margalit i Walzer twierdzą, że jeśli dopuszczamy, że ubocznym skutkiem operacji wojskowych może być śmierć niewalczących wroga, to nasze działanie będzie usprawiedliwione (przynajmniej pod tym względem), jeśli w podobnej sytuacji podjęlibyśmy taką samą decyzję, gdyby w grę wchodziła możliwość śmierci „naszych” cywili. Taką też zasadę powinien był, ich zdaniem, przyjąć Izrael podczas omawianej tu interwencji. Innymi słowy, Margalit i Walzer uznają, że żołnierze zawsze powinni „chcieć nie zabijać” ludności cywilnej, a to oznacza, że powinni wziąć na siebie znacznie większe ryzyko, niż faktycznie się to stało podczas interwencji w Strefie Gazy.

Główny argument za swoją tezą Margalit i Walzer ilustrują fikcyjnym przykładem opartym na pewnych plotkach, które pojawiły się przed wojną z Hezbollahem w 2006 r. Mówiło się wtedy w Izraelu, że Hezbollah zamierza zająć leżący blisko libańskiej granicy kibuc Manara. Autorzy każą nam sobie wyobrazić, że kibuc ten faktycznie został zajęty przez bojowników Hezbollahu i rozważają cztery możliwe scenariusze: w pierwszym zakładnikami byliby mieszkający w tym kibucu obywatele Izraela; w drugim: obywatele jakiegoś innego kraju przebywający w okolicach tego kibucu i zasadniczo przyjaźni wobec Izraela; w trzecim: protestujący przeciw polityce Izraela obywatele innego kraju, którzy przypadkiem znaleźli się w tym miejscu; a wreszcie w czwartym, byliby to wieśniacy przywiezieni z Libanu przez Hezbollah i liczący, że przejmą ten kibuc. Margalit i Walzer twierdzą, że w każdym z tych przypadków operacja wojskowa powinna wyglądać tak samo – to kim są cywile, i na ile są winni wywołania obecnego konfliktu oraz to, czy mogą odnieść korzyści z takiego a nie innego jego rozstrzygnięcia, nie powinno mieć znaczenia.

Do dyskusji pomiędzy Kasherem i Radlinem z jednej strony, a Margalitem i Walzerem z drugiej odniósł się Jeff McMahan w tekście The Just Distribution of Harm Between Combatants and Noncombatants opublikowanym w „Philosophy and Public Affairs”. Tych pierwszych krytykuje po pierwsze za to, że z tezy, iż życie żołnierzy jest tak samo cenne jak życie cywili próbowali oni wyprowadzić zasadę „pierwszeństwa walczących”. Po drugie, uznaje, że zasady tej nie da się wyprowadzić także z istnienia specjalnych zobowiązań państwa wobec własnych obywateli. Te specjalne zobowiązania – nawet jeśliby faktycznie przyjąć ich istnienie – nie dają bowiem uprawnienia do krzywdzenia innych ludzi (w szczególności nie dają uprawnienia do krzywdzenia cywilów wroga).

Z kolei z Margalitem i Walzerem McMahana zgadza się, że zasadę „pierwszeństwa walczących” należy generalnie odrzucić, ale uznaje jednocześnie, że autorzy ci błędnie połączyli oni ową zasadę ze stanowiskiem krytycznym względem tradycyjnej etyki wojny (czyli ze stanowiskiem, którego zwolennikiem jest McMahan). Krytykując tradycyjną etykę wojny McMahan uznaje, że należy odrzucić niezależność ius in bello od ius ad bellum. Innymi słowy moralna dopuszczalność konkretnych działań militarnych nie może być oddzielona do tego, czy działania te prowadzone są w słusznej czy w niesłusznej sprawie (więcej na ten temat w: J. McMahan, Etyka zabijania na wojnie, w: Etyka wojny. Antologia, T. Żuradzki, T. Kuniński, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2010).

McMahan uznaje, że podstawowy problem (zasugerowany w tytule jego artykułu) polega na tym, w jaki sposób powinno się sprawiedliwie „dystrybuować” krzywdy pomiędzy stronami konfliktu oraz pomiędzy walczącymi a niewalczącymi. Twierdzi, że niekiedy faktycznie jest tak, że walczący po stronie sprawiedliwej, zamiast brać na siebie większe ryzyko, mają moralne prawo walczyć w taki sposób, że ryzyko to przerzucą na niewalczących strony przeciwnej (ale krzywdzenie tych niewalczących nie może być intencją walczących po słusznej stronie). Jednak ci niewalczący, na których przerzucone zostanie ryzyko, muszą być potencjalnymi beneficjentami danej wojny. Beneficjentami w tym sensie, że w wyniku tego konfliktu ryzyko ich skrzywdzenia znacząco spadnie (o ile oczywiście przeżyją ten konflikt), np. dlatego, że w wyniku humanitarnej interwencji obalony zostanie krwawy dyktator. W tym sensie niekiedy podczas interwencji humanitarnej wolno by było stronie interweniującej przerzucić część ryzyka na ludność cywilną kraju, która ma zyskać na tej interwencji. Dlatego – wbrew temu, co twierdzili Margalit i Walzer – zdaniem McMahana nie zawsze jest tak, że wszystkich niewalczących należy traktować tak samo, bez względu na ich przynależność państwową.

Nie znaczy to jednak, że należy przyjąć bezwarunkową „zasadę pierwszeństwa walczących w słusznej sprawie”, ponieważ to „przerzucenie ryzyka” zależy od charakteru wojny (czyli od tego, czy jest sprawiedliwa czy nie). Należy je także zbilansować, po pierwsze ze względu na zwiększone obowiązki żołnierzy wynikające z ich zawodu (role-based duties), a po drugie ze względu na moralną asymetrię pomiędzy zabijaniem a przyzwoleniem na zabijanie. Np. w niektórych sytuacjach wydaje się, że lepiej z moralnego punktu widzenia jest dopuścić do śmierci niewinnych osób, niż samemu zabić tyle samo niewinnych osób, nawet jeśli dzieje się to podczas usprawiedliwionej moralnie interwencji zbrojnej. W praktyce może oznaczać, że niekiedy władze powinny dopuścić do śmierci jakiejś liczby swoich żołnierzy, jeśli jedynym sposobem na uniknięcie tego, będzie prowadzenie akcji zbrojnej w taki sposób, że zginie podobna liczba niewalczących po stronie wroga. Wniosek, który McMahan wyciąga z tego problemu jest taki, że tradycyjna doktryna wojny sprawiedliwej, broniona przez Margalita i Walzera, nie obejmuje interesującego w tym wypadku problemu sprawiedliwej dystrybucji krzywd pomiędzy walczących a niewalczących. Jest to bowiem inny problem niż tradycyjnie rozumiana zasada proporcjonalności (w zakresie ius in bello), która dotyczy wyłącznie tego, czy dana operacja militarna jest dozwolona, gdy jej następstwem będzie śmierć pewnej liczby niewalczących.

Bibliografia

Asa Kasher, Amos Yadlin, Assassination and Preventive Killing, “SAIS Review” 25/1 (2005), s. 41-57
Asa Kasher, Amos Yadlin, Military Ethics of Fighting Terror: An Israeli Perspective, “Journal of Military Ethics”, 4/1 (2005)
Jeff McMahan, The Just Distribution of Harm Between Combatants and Noncombatants, “Philosophy and Public Affairs” 38/4 (2010), s. 342-379 Avishai Margalit, Michael Walzer, Israel: Civilians and Combatants, “New York Review of Books”, 56/8 (May 14, 2009).
Michael Walzer, Wojny sprawiedliwe i niesprawiedliwe. Rozważania natury moralnej z uwzględnieniem przykładów historycznych, tłum. Michał Szczubiałka, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2010
Tomasz Żuradzki, Tomasz Kuniński (red.), Etyka wojny. Antologia, tłum. Michał Szczubiałka, Robert Pucek, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2009
Tomasz Żuradzki, Etyka wojny a dopuszczalność zabijania, „Diametros” 25 (2010), s. 103-117
Report of the United Nation Fact Find Mission on the Gaza Conflict, Human Rights in Palestine and Other Occupied Arab Territories, (tzw. “Raport Goldsona”), dostępny: http://www2.ohchr.org/english/bodies/hrcouncil/specialsession/9/factfindingmission.htm

Komentarz przygotował Tomasz Żuradzki

Opublikowano 30 XII 2010